Używamy ciasteczek, dzięki którym strona działa poprawnie.
Koszyk ( 0 )
Suma 0,00 zł
0,00 zł
Pewna doza przypadku jest niezbędna
dr Tomasz Miller
12 stycznia 2023

 

Z księdzem profesorem Michałem Hellerem o Bogu i przyrodzie, fizyce i przypadkowości – a także o początkach wydawnictwa Copernicus Center Press rozmawia Tomasz Miller.

 

Tomasz Miller: Jedni mówią, że światem rządzi Bóg, inni że fizyka i prawa przyrody, a jeszcze inni, że światem rządzi czysty przypadek. Te stanowiska wydają się wzajemnie wykluczać. Jak Ksiądz Profesor się na to zapatruje?

Michał Heller: W pańskim pytaniu i w próbie odpowiedzi na nie mieści się bardzo głęboka filozofia. Bo z pytaniami bywa różnie. Są takie pytania, na które można odpowiedzieć na drodze fizycznego eksperymentu. Ale istnieją też takie, na które nie da się udzielić odpowiedzi doświadczalnej – pytania filozoficzne albo teologiczne. I bardzo często jest tak, że to, co wydaje się nam wzajemnie wykluczać, wcale się nie wyklucza. W tego typu pytaniach pozaempirycznych jest już niejako wbudowane wewnętrzne rozmycie sensu. Często owe pozornie wykluczające się wzajemnie możliwości jakoś się uzupełniają, a w każdym razie niekoniecznie muszą być sprzeczne. Wspomniane trzy możliwości: Pan Bóg, prawa przyrody, przypadek, należą do tego rodzaju kwestii. Odpowiadając bardzo prosto na to pytanie (i nieco trywializując): dla Pana Boga nie ma przypadków, bo przypadek to coś, co wynika z naszej niewiedzy, więc te dwa pytania redukują się do siebie. Jeśli natomiast przyjąć, że prawa przyrody są dziełem Boga, to te dwie kwestie również się redukują. Takie redukowanie wszystkiego do Pana Boga oczywiście mało nas zadowala filozoficznie. Chcielibyśmy nie tylko mieć odpowiedź tak/nie na nasze pytanie, ale też wniknąć trochę w to, o co ono naprawdę pyta.

Właściwie cała historia filozofii, od Greków aż do dziś, jest zmaganiem się z tym pytaniem.

 

Dla Arystotelesa przypadek był wręcz wyłomem w racjonalności świata.

Ale ja chcę zejść jeszcze głębiej, a mianowicie w samo pojęcie Boga. Na przykład, jeśli będziemy utożsamiać Boga ze zbiorem praw przyrody (jak czynił to Einstein), to sprawa wygląda zupełnie inaczej niż w wypadku Boga chrześcijańskiego, który jest Twórcą owych praw. Wkraczamy tu w obszar teologii skupionej wokół tego, kim jest Pan Bóg. Również pojęcie praw przyrody stanowi ogromny problem w filozofii nauki. Pojęcie to wykluwało się powoli. W starożytności de facto go nie było, wyłoniło się dopiero w średniowieczu, w dyskusjach teologicznych. Teologowie zastanawiali się, co to znaczy wszechmoc Boża; czy Bóg jest czymś ograniczony – na przykład swoimi własnymi dekretami – czy nie. Prawa przyrody miały być takimi ograniczeniami na to, co Pan Bóg we wszechświecie może lub nie może robić.

 

Niemniej, to On był prawodawcą.

Tak. Potem pojęcie prawa przyrody wyemancypowało się z teologii. Do dziś jednak, gdybyśmy przejrzeli literaturę z filozofii nauki, na temat praw przyrody jest cała masa różnych poglądów. Na przykład, czym różni się prawo przyrody od teorii naukowej? Te dwa pojęcia często się zazębiają, mają rozmyte granice. Na przykład, czy tak zwane prawo powszechnego ciążenia to faktycznie jest prawo, czy raczej teoria? Z kolei gdy zaczniemy pytać o naturę przypadku, to problemy poszerzają się jeszcze bardziej. Potocznie przypadek to jest coś, co nas zaskakuje, ale może być on całkowicie zgodny z prawami przyrody.

 

Poda Ksiądz Profesor jakiś przykład?

Stoję na ulicy i czekam na tramwaj. Czy zza rogu nadjedzie ósemka, czy dwunastka? Mogę się założyć z kolegą i będzie to uczciwy zakład, bo z naszego punktu widzenia wynik będzie przypadkowy.

 

Przypadkowy dla was, w świetle waszej niewiedzy.

Tak, rzecz jasna nie będzie to przypadek dla dyspozytora, który wie, gdzie znajdują się oba tramwaje i który z nich pojawi się na tym przystanku jako pierwszy.

 

Czy to w takim razie oznacza, że „tak naprawdę” przypadków nie ma? Cała przypadkowość to tylko efekt naszej subiektywnej niewiedzy?

Z grubsza należałoby rozróżnić przypadki wynikające z naszej niewiedzy od tych, które mają swoje głębsze uzasadnienie w przyrodzie. Musimy się tu powołać na mechanikę kwantową, w ramach której nie da się przewidywać wyników doświadczeń z pewnością, lecz tylko z pewnym prawdopodobieństwem. Są one w pewnym sensie przypadkowe, przy czym nie wynika to z naszej niewiedzy, po prostu takie są prawa przyrody. Jakiś rodzaj przypadku okazuje się wbudowany w naturę.

 

Czyli można powiedzieć, że na poziomie kwantowym przypadek okazuje się jednym z praw przyrody. Rzeczywiście mamy tu takie uzupełnianie się pozornie rozłącznych możliwości, o którym była mowa. Bez przypadkowości świat wyglądałby fundamentalnie inaczej na poziomie atomów, i w konsekwencji na wyższych poziomach też.

Wyglądałby inaczej, albo nie wyglądałby w ogóle, bo wszystko wskazuje na to, że pewna doza przypadkowości w całej siatce praw przyrody jest niezbędna do jej funkcjonowania. Podam prosty przykład, na który zawsze lubię się powoływać: zaostrzony ołówek, który staramy się postawić na sztorc na gładkiej powierzchni. Oczywiście ołówek upadnie – takie są prawa fizyki, w tym przypadku mechaniki – ale w którą stronę upadnie? To już zależy od czegoś przypadkowego: ruchów powietrza, przechodzącej akurat fali akustycznej, drgnięcia moich mięśni… Gdyby nie było tych przypadków, gdyby w prawa mechaniki nie był wbudowany pewien „luz” na działanie przypadków, to mówiąc potocznie, ołówek „nie wiedziałby”, w którą stronę się wywrócić. Prawo by nie działało. A zatem pewna doza przypadkowości jest niezbędna w działaniu systemu praw przyrody.

 

W książce Filozofia prz ypadku zwraca Ksiądz Profesor uwagę na jeszcze jedną ważną rzecz. Bez takich przypadkowych zaburzeń – na przykład w kontekście ewolucji biologicznej, ale także w szerszym kontekście ewolucji kosmicznej – nie byłoby możliwe powstawanie autentycznie nowych struktur; nie byłaby możliwa swego rodzaju twórczość wszechświata.

Tutaj wkraczamy w piękną dziedzinę matematyki – w teorię układów dynamicznych. Układ dynamiczny to taki układ, który zmienia się w czasie. Wraz z upływem czasu, przechodzi on przez ciąg stanów, ewoluując z jednego stanu w drugi. Zapisuje się równania, które modelują ewolucję takich układów. Okazuje się, że aby w trakcie ewolucji mogły wyłaniać się jakieś nowe cechy, których wcześniej nie było (na mocy tak zwanej emergencji), to układ musi odznaczać się pewną dozą chaosu dynamicznego, czyli właśnie swego rodzaju przypadkowością.

 

I nie trzeba tu nawet sięgać do mechaniki kwantowej?

Tak, przypadkowość może być tu czysto klasyczna, podobna do tej, która pomogła zdecydować się ołówkowi, w którą stronę upaść. Tu także muszą być pewne „luzy”, które przypadek wykorzystuje. W konsekwencji takich następujących po sobie przypadkowych „decyzji” często powstaje coś autentycznie nowego.

 

Przychodzi mi do głowy analogia, choć nie wiem, na ile sensowna. Czy powstawanie takich nowych struktur we wszechświecie można jakoś powiązać z twórczością artystyczną? Czy gdy pisze Ksiądz Profesor książkę, artykuł naukowy albo kazanie, to czy przypadek odgrywa podobną rolę? Wydaje się, że gdy snujemy jakąś opowieść albo przedstawiamy dowód matematyczny, to tam nie ma miejsca na przypadek – wszystko musi jakoś wynikać jedno z drugiego.

Cały proces twórczości: artystycznej, naukowej, czy jakiejkolwiek innej, dzieje się w naszym mózgu. A w naszym mózgu na pewno odbywają się procesy dynamiczne znacznie bardziej złożone i jakościowo na wyższym poziomie niż te, które znamy i potrafimy modelować równaniami. Nie ulega jednak wątpliwości, że takie procesy się w nim odbywają – sam mózg jest swego rodzaju „układem układów dynamicznych”. Ja sam odnajduję elementy tego twórczego chaosu w naszej psychologii. Twórczości zawsze towarzyszy pewnego rodzaju napięcie, zmęczenie tym, że nie wiem, w którym kierunku się poruszać. Na przykład dowodzę jakiegoś twierdzenia matematycznego, próbując bezskutecznie podejść a to z jednej strony, a to z drugiej strony. Natrafiam na mnóstwo ślepych uliczek. Tam tego chaosu (lub czegoś analogicznego do chaosu) jest znacznie więcej niż w niejednym układzie fizycznym. Ostatnio napotkałem taki ciekawy przykład, związany z zajęciami terapeutycznymi dla dzieci z Ukrainy: sztuka przy pomocy kleksów. Robi się na kartce papieru kleks atramentem, a następnie trzeba tak ten kleks rozmazać i obrysować, żeby otrzymać małe dzieło sztuki. I dzieciaki świetnie to robią! Sama przypadkowość może być więc wykorzystywana jako tworzywo dla sztuki.

 

Wspomniałem o książce Filozofia przypadku, która była chyba pierwszą książką Księdza Profesora wydaną przez Copernicus Center Press. Jak to było z początkami wydawnictwa? Ono powstało wkrótce po założeniu samego Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych…

W istocie ono powstało znacznie wcześniej, na długo przed powstaniem Centrum Kopernika. Bo wcześniej było OBI, czyli Ośrodek Badań Interdyscyplinarnych, który działał gdzieś od lat osiemdziesiątych. Naszym marzeniem zawsze było, żeby mieć wydawnictwo. Zaczęło się od biuletynu samizdatowego, który był efektem comiesięcznych konwersatoriów. Po upadku komunizmu biuletyn przerodził się w czasopismo „Zagadnienia Filozoficzne w Nauce”...

 

...które wychodzi do dziś!

Tak, przy czym pierwsze zeszyty były drukowane z pomocą Wydawnictwa Znak, które użyczało nam swojej drukarni. Potem trochę się usamodzielniliśmy i „Zagadnienia...” były publikowane przez wydawnictwo Biblos z Tarnowa, które w międzyczasie powstało. Biskupem tarnowskim był wówczas Józef Życiński i to dzięki niemu przenieśliśmy się do Biblosu. Oprócz „Zagadnień...” zaczęły wtedy ukazywać się pierwsze książki w kowydawnictwie OBI i Biblosu. Na początku były to sprawozdania z majowych konferencji metodologicznych, których ukazało się kilkanaście w tak zwanej czarnej serii, od koloru okładek. Wreszcie, gdy w 2008 roku powstało Centrum Kopernika, to – najpierw we współpracy z Biblosem, a potem już samodzielnie – zaczęliśmy wydawać pod szyldem Copernicus Center Press.

 

I pojawiło się charakterystyczne spiralne logo.

Ten znaczek też ma swoją historię. W 2008 roku szukaliśmy logo dla Centrum Kopernika. Artysta zaprojektował kilka do wyboru. Na pierwszym miejscu był wzór, na który się zdecydowaliśmy – piękna kombinacja wstęgi Möbiusa, symbolu nieskończoności i liter CC (od Copernicus Center). A na drugim miejscu była właśnie ta spirala. Ona też nam się podobała, toteż gdy powstało Wydawnictwo, przejęło już gotowy projekt logo. Choć w naszym rankingu zajął drugie miejsce, swoją późniejszą popularnością przebił tamten.

 

Symbol już czekał na swój desygnat.

Od samego początku Centrum Kopernika miało duże wsparcie Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie, które posiadało swoje wydawnictwo – Konsorcjum Akademickie – wydające głównie książki naukowe, podręczniki i skrypty. Zawarliśmy z nimi porozumienie i początkowo CCPress było „implantem” Konsorcjum Akademickiego w Krakowie. Mam przed sobą egzemplarz książki wydanej – jak czytamy – przez Konsorcjum Akademickie oraz Wydawnictwo WSIiZ w Krakowie, Rzeszowie i Zamościu. Ale na okładce jest już logo CCPress.

 

Ta książka ma bardzo prostą okładkę…

Gdy zastanawialiśmy się wówczas z Bartkiem Brożkiem nad charakterem książek, to bardzo podobały nam się wydawnictwa przedwojenne i ukazujące się zaraz po wojnie. Na przykład Oxford University Press miało takie poważne okładki.

 

Takie nobliwe.

Sądziliśmy, że takie okładki zrobią karierę wśród polskich naukowców. Wydaliśmy kilka książek w tym formacie razem z WSIiZ-em, ale potem poprosiliśmy Jacka Włodarczyka, który był specjalistą od marketingu książkowego, żeby został dyrektorem naszego wydawnictwa i pomógł je rozkręcić. Jacek zrobił analizę działalności i stwierdził, że Konsorcjum Akademickie nie ma szans wielkiego rozwoju, bo ono jednak działa na usługi wewnętrzne uczelni i jest zbyt niszowe. Uznał też, że taka oprawa graficzna nie przejdzie. Trzeba zrobić okładki, które przemówią do szerokiego grona odbiorców. Nie w stylu „starooksfordzkim”, tylko w stylu współczesnych witryn książkowych. To okazało się strzałem w dziesiątkę. Po jakimś czasie sytuacja się odwróciła i to WSIiZ stało się udziałowcem w CCPress, a Konsorcjum Akademickie wkrótce znikło.

 

Okładki książek CCPress niewątpliwie przyciągają wzrok. No i nie są to już książki wyłącznie akademickie, ale przede wszystkim popularnonaukowe na różnych poziomach zaawansowania.

A że treść odpowiada jakością okładkom, a często nawet ją przerasta, to książki się sprzedają i Wydawnictwo się rozwija. Bardzo się cieszę, że przeżyliśmy już z Wydawnictwem 10 lat, a w istocie znacznie więcej, licząc od lat osiemdziesiątych. Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć CCPress 100 lat… nie, to trochę za mało. Nauka pewnie nigdy się nie zakończy, więc zawsze będzie co popularyzować.

Komentarze
DODAJ komentarz
Oceń
W przypadku naruszenia regulaminu Twój wpis zostanie usunięty.
Najnowsze artykuły
12 stycznia 2023
Pewna doza przypadku jest niezbędna

 

Z księdzem profesorem Michałem Hellerem o Bogu i przyrodzie, fizyce i przypadkowości – a także o początkach wydawnictwa Copernicus Center Press rozmawia Tomasz Miller.

 

12 stycznia 2023
Mrówka, jaka jest, każdy widzi. Czy na pewno?

 

Czy jednak o mrówkach wiemy wystarczająco dużo? Czy owady tak powszechnie znane i rozpoznawane mogą kryć tajemnice potencjalnie tak ciekawe, by warto było sięgnąć, na przykład, po książkę na ich temat?

12 stycznia 2023
Wirusy: szare eminencje natury

 

Nawet jeśli nie jest to koronawirus – słowo „wirus” nieodmiennie kojarzymy z czymś złym, szkodliwym, wywołującym nikomu niepotrzebne problemy. W powszechnej świadomości wirusy to uniwersalne pasożyty człowieka, sprawcy wszystkich najgorszych plag. Najlepiej by było – myśli pewnie wielu z nas – gdyby wirusy zupełnie zniknęły z tego świata.

12 stycznia 2023
Studium naukowego paradoksu

 

Studium naukowego paradoksu, czyli jaka jest zawartość wiedzy w wiedzy?